Rodzice Dottie

Gdy później wraz z Dickiem rozpoczęliśmy pracę w organizacji misyjnej Campus Crusade for Christ, nasze drogi rozeszły się napewien czas. Prowadziłem wykłady w różnych miasteczkach akademickich i wtedy to spotkałem Dottie. Nawet gdy już poznaliśmy się lepiej, ciągle intrygowała mnie nieustannym myśleniem o sprawach rodziny i ogromnym przywiązaniem do rodziców, brata i siostry. Po kilku miesiącach, podczas ferii bożonarodzeniowych, miałem okazję poznać rodzinę Dottie i ponownie ujrzałem takie same piękne postawy, które widziałem w zachowaniu Dicka i Charlotte Day’ów. Dottie wychowana została przez rodziców, dla których była wielką radością. Szczególnie jej matka miała rzadki dar wchodzenia w świat swoich dzieci. Patrzyła na nie ich oczami, niezwykle głęboko wczuwała się w stan ich umysłu, co pozwalało jej widzieć wszystko z ich perspektywy. Wielkie wrażenie zrobiło na mnie uwielbienie, jakim Dottie otaczała ojca. Był dość konwencjonalny, niezbyt efektowny, właściwie pozbawiony polotu – nie było jednak wątpliwości, że był dla niej bohaterem.

Rodzina Dicka

Dicka poznałem w latach sześćdziesiątych w seminarium. Starszy od nas o kilka lat Dick był żonaty i miał czworo dzieci. Podobnie jak ja, pochodził z rozbitego, nękanego alkoholizmem domu. Zwrócił się ku Chrystusowi w wieku dwudziestu kilku lat i wtedy też poczuł swoje powołanie. Poznaliśmy się podczas zapisów do seminarium i natychmiast przypadliśmy sobie do gustu. Wkrótce stałem się niemal członkiem rodziny Dicka, często wpadając do niego o 630 rano, czy po 1100 wieczorem, by pogadać o czymś, co nie mogło poczekać ani chwili dłużej. Dick był zawsze cierpliwy, uprzejmy i ciepły – z takimi cechami nie zetknąłem się prawie wcale podczas mojego dorastania. Od razu uderzył mnie sposób, w jaki Dick i Charlotte odnosili się do dzieci i do siebie nawzajem. Akceptowali i doceniali dzieci, nie szczędząc im pochwał i dając im do zrozumienia, jak są dla nich cenne i ważne. Kochali je okazując to słowami i dotykiem – całą masą pieszczot. Można powiedzieć, że dopiero w rodzinie Dicka poznałem, co to są pieszczoty. Zawsze mieli dla mnie czas. Zawsze mieli czas dla swoich dzieci, co bardzo mnie poruszało, szczególnie gdy przypominałem sobie ojca, który nigdy nie miał dla mnie czasu.

W szkole średniej i w college’u bardzo pragnąłem poznać rodzinę

Pewnego razu ojciec upił się i wpadł w taki szał, że dla otrzeźwienia wrzuciłem go w ubraniu do wanny z wodą. Walcząc z nim, po jakimś czasie zdałem sobie sprawę, że trzymam jego głowę pod wodą. Gdyby ktoś mnie nie powstrzymał (do dzisiaj nie wiem kto), chybabym go utopił. Osiągnąłem dorosłość, nie mając pojęcia, jak dawać lub przyjmować miłość. W szkole średniej i w college’u bardzo pragnąłem poznać rodzinę, w której panowała prawdziwa miłość. Właściwie to pomysł tej książki narodził się przed wieloma laty. Jej główne wątki dostrzegłem w rodzinach moich dwojga bohaterów: współautora tej książki, Dicka Day’a, który jest moim najbliższym przyjacielem zaraz po Seanie, moim synu, oraz w rodzinie Dottie, która teraz nazywa się McDowell to moja najwspanialsza pod słońcem żona i równie wspaniała matka czworga naszych dzieci.

Wychowałem się tęskniąc za kochającą rodziną

Takie określenia, jak „rodzina w rozpadzie” powstały dość niedawno, sam wiem jednak aż nazbyt dobrze, jaki ból sprawia ów rozpad. O moim pijącym ojcu można było powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że był bohaterem. Moja matka bardzo starała się obdarzyć miłością mojego brata, siostrę i mnie, lecz rodzice nie byli prawdziwym małżeństwem. Nie istniał pomiędzy nimi żaden związek. Była to najwyżej współegzystencja. Nigdy nie zauważyłem, by mój ojciec przytulił matkę, nie mówiąc o tym, by kiedykolwiek przytulił mnie. Nie zdarzyło się, by ojciec zabrał mnie gdzieś ze sobą i spędził ten czas tylko ze mną.
Wychowałem się na farmie hodowlanej liczącej 150 akrów, na skraju małego miasteczka w stanie Michigan. Wszyscy się tam znali i, naturalnie, wszyscy wiedzieli o pijaństwie mojego ojca. Moi nastoletni kumple naśmiewali się z niego, a ja śmiałem się wraz z nimi, usiłując pokryć tym ból. Zdarzało mi się zajść do obory i natknąć się na matkę leżącą w gnoju, za krowami, tak pobitą, że nie mogła wstać. Nienawidziłem ojca za jego okrucieństwo wobec matki i dysząc żądzą zemsty, zrobiłbym wszystko, by go poniżyć i ukarać. Kiedy upijał się i zaczynał odgrażać się matce biciem albo gdy leżał spity do nieprzytomności, a ja spodziewałem się właśnie wizyty przyjaciół, wywlekałem go do obory i przywiązywałem do słupa, by się tam wyspał. Gdy podrosłem i stałem się wyższy i silniejszy, robiłem to coraz częściej. Czasem doprowadzony do furii wiązałem mu stopy sznurem kończąc pętlą na jego szyi. Właściwie to chciałem, by sam się udusił podczas szamotaniny, gdyby chciał wyswobodzić się z więzów.

Do innych powraca z kolei poczucie nieważności

Nasze kontakty z młodzieżą i rodzicami nie pozostawiają cienia wątpliwości co do prawdziwości twierdzeń Minirtha i Meiera. Rzeczywiście mamy miliony współuzależnionych. Wielu spośród nich wpadło w szpony alkoholizmu lub narkomanii; licznych dręczy powracający z czasów dziecięcych koszmar, pełne wyrzutu głosy mówiące: „Postaraj się! Ty nigdy niczego nie potrafisz zrobić porządnie!” Do innych powraca z kolei poczucie nieważności, bo ich rodzice nie mieli dla nich czasu. Jeszcze więcej osób na zawsze utrwaliło w swojej pamięci słowa: „Będę ciebie kochać, jeśli będziesz się starać.” Minirth i Meier uważają, że mamy do czynienia z „wielopokoleniowym” działaniem współuzależnienia: oznacza to, że problemy jednej generacji przechodzą na następną, bez końca, chyba że w kolejnym etapie zostanie im położony kres. Kwestię tę porusza Mojżesz, gdy mówi o grzechach ojców przechodzących na trzecie i czwarte pokolenie ich dzieci (patrz Księga Wyjścia 34,7 i Księga Powtórzonego Prawa 5,8-10;6,l-2). Parafrazą do tego może być znany wiersz Dorothy Nolte o dzieciach uczących się życia: gdy dzieci żyją w krytycyzmie,
Objuczą się jak_%rytyfam>ać i potępiać innych. Qdy dzieci żyją wśród wrogości i gniewu, bfouczą się złości i watki. dy dzieci żyją w śmieszności, Ich własny obraz skurczy się do wstydu i fałszywego poniżenia. Qdy dzieci żyją we wstydzie i zmieszaniu, Same pogrążą się w poczuciu zimy.

Dwuch kolejnych pokoleń około 100 min Amerykanów boryka się ze współuzależnieniem

Współuzależnienie oznacza dosłownie „uzależnienie wraz z kimś”. W wielu przypadkach przyczyn współuzależnienia danej osoby należy szukać w jej stosunkach z rodzicami oraz w dzieciństwie, kiedy to mogło zdarzyć się coś, co pozostawiło w jej życiu trwały ślad.
Jak często spotyka się zjawisko współuzależnienia? Statystyki mówią, że od alkoholu lub narkotyków uzależnionych jest 15 min Amerykanów, a każdy spośród nich wywiera istotny wpływ na przynajmniej cztery bliskie mu osoby: narzeczoną, narzeczonego, dziecko, współpracownika. Krąg osób współuzależnionych rozszerza się więc do około 60 min. (W Polsce osób uzależnionych od alkoholu jest około 4-6 min – przyp. red.) Poza alkoholizmem i narkomanią miliony Amerykanów toczy boje ze współuzależnieniem wywołanym „pracoholizmem”, różnego rodzaju maniami, nałogami seksualnymi, chorobliwym obżarstwem lub głodzeniem się, skłonnościami do wydawania pieniędzy ponad miarę czy nawet wyjątkowo kostycznym lub legalistycznym podejściem do życia. Minirth i Meier zauważają, że „(…) jeżeli na przestrzeni dwu kolejnych pokoleń około 100 min Amerykanów boryka się ze współuzależnieniem, to mamy już do czynienia z przerażającą w swoim wymiarze epidemią. Wprost niewyobrażalna jest liczba cierpiących, zrozpaczonych i marnujących sobie życie.”

Jak termin „współuzaleinienie” wszedł do naszego słownika

Opisane przez Henry’ego Brandta niepowodzenia kandydatów na misjonarzy kojarzą się z nowymi terminami wchodzącymi w użycie w wielu środowiskach: rodzina w rozpadzie, współuzaleinienie i „trujący rodzice”. Według dr. Franka Minirtha i dr. Paula Meiera, współzałożycieli Kliniki Minirtha-Meiera, termin „uzależnienie” istnieje od wielu dziesiątków lat, a pojawił się w związku z podejmowaniem działań na rzecz alkoholików i ich rodzin. Alkoholik uzależniony jest od alkoholu, a rodzina alkoholika uzależnia się od jego alkoholizmu. Członkowie takiej rodziny mogą nie być sami bezpośrednio zależni od alkoholu, będą jednak poddani jego wielostronnemu działaniu. Ruch Anonimowych Alkoholików zastosował słynną metodę 12 etapów, która pirzyniosła znaczne sukcesy w ratowaniu alkoholików, a mimo to w kilka miesięcy po odejściu alkoholika od nałogu następował rozpad jego rodziny. W tego rodzaju rodzinie występowało zjawisko dostosowania rytmu życia do alkoholika, co w różnorodny sposób umożliwiało mu uzależnianie się od tego nałogu, pomimo szczerego, jak sądził, zamiaru pozbycia się go. Alkoholik uzależniał się od alkoholu, a jego rodzina współuzależniała się. Oczywiście alkohol lub narkotyk może powodować współuzależ- nienie, ale może też je spowodować każda obsesyjna skłonność. Według Minirtha i Meiera współzależnością może być także przywiązanie do ludzi, zachowań bądź rzeczy.

Raportu dla Prezydenta

Wyniki The White House Conference on Children opublikowano ponad 20 lat temu. Czy nastały już lepsze czasy dla rodziny? Jednak przepowiednie Raportu dla Prezydenta potwierdziły się w pełni. W połowie lat osiemdziesiątych znany chrześcijański psycholog, dr Henry Brandt, zasiadał w zarządach grup misyjnych opiniujących podania o udział osób w pracach misyjnych. Stwierdził on: „(…) dziesięć lat temu wybieraliśmy do tej pracy jednego spośród trzech kandydatów, obecnie przechodzi zaledwie jeden na dziesięciu.” Ten zauważalny wzrost liczby odrzuconych podań potencjalnych misjonarzy dr H. Brandt wytłumaczył „brakiem równowagi emocjonalnej, objawiającej się także wobec innych ludzi, spowodowanym problemami wynikłymi z sytuacji rodzinnej”.

Dlaczego nie udaje nam się wychować dzieci na ludzi?

Można by bez końca przytaczać wiele danych statystycznych dokumentujących wzrastającą liczbę zagrożeń, którym rodzina jest poddawana w ciągu ostatnich kilku dekad. Już w 1970 r. The White House Conference on Children opublikowała wyniki swoich badań w Raporcie dla Prezydenta, otwierając go stwierdzeniem, że intensywność i powszechność problemów nurtujących rodzinę i dzieci w Ameryce zagraża wręcz przyszłości narodu. Raport zarzucał rodzicom powszechnie występujące „zaniedbanie wobec dzieci”, prowadzące wręcz do załamania się procesu wychowawczego. Gdyby się jednak nie udało powstrzymać tego zjawiska, to „(…) z pewnością dojdzie do o wiele szybszego szerzenia się alienacji, apatii, narkomanii, przestępczości i przemocy we wszystkich środowiskach, zarówno wśród młodszego, jak i starszego pokolenia. Przed nami perspektywa społeczeństwa obrażonego na własne dzieci i obawiającego się młodzieży. (…) Niezbędna jest zmiana wzorców życiowych na takie, których celem będzie zbliżenie się do dzieci i wprowadzenie ich w życie.”

Przez 3 lata swego wieku przedszkolnego spędzi ono przed telewizorem

Czym przede wszystkim zajmują się „dzieci z kluczem na szyi” po zakończeniu zajęć szkolnych? Najbardziej ulubioną ich rozrywką jest niewątpliwie oglądanie telewizji. Jak podaje jedno ze źródeł, do ukończenia szkoły średniej dziecko spędzi przeciętnie przed telewizorem 18 tys. godzin, a tylko 12 tys. godzin poświęci planowym zajęciom szkolnym. W ciągu tych 18 tys. godzin będzie świadkiem 18 tys. zabójstw prezentowanych na ekranie!
W życiu dziecka telewizja stanowi od jego najwcześniejszych lat równie naturalne zjawisko, jak oddychanie. Przez 3 lata swego wieku przedszkolnego spędzi ono przed telewizorem więcej czasu niż student przez 4 lata. Przeciętny pięciolatek może liczyć na bliski kontakt ze swoim ojcem tylko przez 25 minut tygodniowo (!), gdy tymczasem ogląda on telewizję przez 25 godzin tygodniowo.

error: Content is protected !!